kwatery w Polsce

wczasy, wakacje, urlop

Ziemia Pucka - przeszłość

25 lipiec 2012r.

W 1635 r. stosunki na pomorzu zmieniły się na niekorzyść chłopów. W mieście i na zamku pojawiły się nowe garnizony wojskowe, przyszły wspomniane wyżej mandaty królewskie nakazujące dostarczenie podwód na zwózkę drewna do zamku i na budujące się fortyfikacje helskie. Posługi transportowe spadły właśnie na barki chłopów wsi królewskich. Starosta oprócz tych robocizn na rzecz państwa żądał też normalnych świadczeń dla siebie. Chłopi wznowili walkę i znowu przestali odrabiać pańszczyzny w okresie sianokosów, Tym razem na prośbę Działyńskiego o pomoc przebywający w Prusach król zareagował równie szybko i przysłał specjalnego komisarza — swego sekretarza Piotra Stankara. Wezwanie podpisane przez niego, a skierowane do chłopów zostało wysłane 29 sierpnia i zawierało nakaz stawienia się ich na rozprawę do Pucka na dzień 31 tegoż miesiąca. Rano w piątek zaczęli się schodzić i zjeżdżać sołtysi z poszczególnych wsi. Nie zjawili się wszyscy, część twierdząc, że ponieważ mają potwierdzone przywileje, nie są obowiązani do słuchania rozkazów komisarza królewskiego. Stankar, nim przystąpił do wyrokowania, wyjaśnił, że potwierdzenie przywilejów jest o tyle ważne, o ile pozwala na to zakres prawa i pożytek. To właśnie słowo oznaczało opowiedzenie się po stronie feudała. Cały wywód tego królewskiego wysłańca nie trafił do przekonania zebranym, stali oni bowiem na stanowisku literalnego przestrzegania dawnych przywilejów, w których — jak wiadomo — nie było obowiązku odrabiania wysokich pańszczyzn tygodniowych. Stankarowi chodziło także o ustalenie przywódców "buntu"; udało mu się to zrobić już pierwszego dnia. Spis z nazwiskami opornych przesłał podkanclerzemu Gębickiemu. Ponieważ król przebywał w tym czasie na wybrzeżu, może Stankar porozumiewał się z nim osobiście podczas przejazdu monarchy przez Puck, w każdym razie następne przesłuchanie chłopów nastąpiło 6 września. Decyzja wydana i odczytana wszystkim zebranym była dla nich bardzo nieprzychylna. Mianowicie została ustalona tygodniowa pańszczyzna sprzężajna w następującym wymiarze: latem od 23 kwietnia do 11 listopada chłopi winni byli odrabiać cztery dni tygodniowo, zimą to jest w pozostałym okresie — trzy dni. Dalej nakazywał komisarz pilność przy wykonywaniu robót polowych zaległych i bieżących. Pozwolił sołtysom nadal warzyć piwo na własny stół, czyli na własne potrzeby, ale nie mogli tego czynić chłopi. Nie zareagował natomiast na aresztowanie przez starostę przetrzymywanie w więzieniu sołtysów z Ostrowa i Połczyna. Chłopi z tego wyroku byli niezadowoleni, niezadowolony był i starosta, ponieważ domagał się od sprawców "buntu" odszkodowania za poniesione straty. Ta właśnie sprawa była powodem dalszych listów i mandatów królewskich, chłopi bowiem apelowali do króla i prosili o zmniejszenie zbyt wysokich ich zdaniem pańszczyzn. Król jednak ten punkt wyroku zatwierdził, ponieważ był on zgodny z wymiarem pańszczyzn w królewszezyznach całej Korony, a sprawę o odszkodowanie skierował do sądu referendarskiego, czyli zadwornegO, kompetentnego do rozstrzygania wszelkich sporów między poddanymi a starostami. Akta tego procesu nie są znane w całości, ale zachował się bardzo ciekawy dokument, mianowicie pozew do sołtysów wyszczególniający ich wedle wsi, a także wymieniający przywódców po nazwisku. Za takich uważał starosta następujących sołtysów: Piotra Mędrzyńskie-go z Ostrowa, Walentego Fettę z Łebcza, Macieja Parchema i Tomasza Lisnawa z Połczyna, Jana Kurosza z Ciechocina. Pozostali sołtysi mieli stawić się także przed sądem, może jako świadkowie lub współuczestnicy buntu. Nie podano, co prawda, ich nazwisk, ale na pewno byli to ci, którzy zawędrowali po zatwierdzenie dokumentów lokacyjnych na sejm do Krakowa. Warto ich wymienić, byli to: Tomasz Lilienfeld i ławnicy Urban Barnik i Albert Prynka z Gniewo-wa; sołtys Jakub Karszenka z Warszkowa, Fryderyk Cymerman sołtys z Góry, Walenty Kryzel i Jerzy Ellert z Gnieżdżewa, sołtys Paweł Grynwald z ławnikiem Jerzym Elwarem z Kniewa, sołtys Andrzej Dytlaf z ławnikiem Jerzym Konką ze Swarzewa, Błażej Parchem i Jerzy Hincka z Mieroszyna, Andrzej Kloc i ławnicy Tomasz Dytlaf i Paweł Mundlaw ze Strzelna, Paweł Mądry z Tupadeł, Jerzy Bolda z Wielkiej Wsi z ławnikiem Janem Dyrczem, Jan Kołaczek z ławnikiem Mateuszem Hobonem z Chłapowa, Szymon Elwar z Redy, Maciej Magrian i ławnik Benedykt Tusk z Połchowa. Chociaż nie wymienia się ich imiennie, możemy przyjąć, że wszyscy byli oskarżeni wraz z wymienionymi poprzednio sołtysami. Z pewnością nie jest to pełna lista wszystkich obwinionych. O składzie wspomnianego sądu i o jego terminie nic nie wiemy, być może odbył się on dopiero w czerwcu. Czy rzeczywiście przywódcę ukarano śmiercią, nie wiemy. Znamy jednak dwa nazwiska ludzi, którzy za ten bunt przesiedzieli w wieży "dolnej" przeznaczonej dla chłopów i mieszczan, "górna" była bowiem przeznaczona dla szlachty, pół roku. Byli to Walenty Fetta z Łebcza i Jan Szombork z Gnieżdżewa. Pozornie ten zryw poddanych wsi puckich nie przyniósł polepszenia ich doli, ale trzeba pamiętać, że wymiar pańszczyzny, wprawdzie wyższy niż poprzednio (w XVI w.), był taki sam jak w pozostałych królewszczyznach całego państwa i nie uległ zmianie aż do pierwszego rozbioru, a pańszczyznę odrabiali tylko ci chłopi, którzy dostali od pana tzw. osad, czyli zapomogę w bydle, zbożu, narzędziach. Od drugiej połowy XVII w. mnożyły się wypadki wykupywania się z poddaństwa i przechodzenia na czynsze. Oprócz opisanego wyżej wystąpienia zespołowego zdarzały się wystąpienia indywidualne przeciw szlachcie. Na przykład niejaki Henryk Weibrot z Gowina zranił siekierą sędziego ziemskiego puckiego Jana Gowińskiego, gdy ten szedł opłotkami tej wsi. Na pewno była to zemsta za jakąś krzywdę. W akcie oskarżenia zapisano wzmiankę,, że Weibrot miał wspólników. Mogło to być prawdą, mogło i zmyśleniem dla dodania wagi oskarżeniu. Naturalnie ten wypadek nie miał takiej wagi, co zorganizowane wystąpienie chłopów wsi królewskich z lat 1631—1636. Jan Działyński rządził w starostwie do śmierci w 1648 r. Toczył on nie tylko spory z chłopami, lecz także miał zatargi z wojskiem, szczególnie ostre z pułkownikiem Janem Platerem. Tło starcia było bardzo interesujące. Starosta kazał chłopom wywieźć zboże z Pucka do Gdańska, Plater zatrzymał naładowane wozy, motywując to tym,, że żołnierze nie mieli chleba. Sprawa oparła się o króla, ale skończyła się — rzec można — polubownie. Platera skierowano do innego garnizonu i Działyński musiałby go szukać po całej Polsce chcąc dochodzić swoich krzywd. Wina zresztą tego oficera była problematyczna, żołnierze bowiem zboża nie zabrali, a równocześnie rzeczywiście należał się im żołd. Naturalnie nie skarżono ich o to, że w zamieszaniu poturbowali chłopów. Gdy panowie się biją — mówi stare przysłowie — na chłopach skóra cierpnie. Długotrwalszy i ważniejszy był proces między tymże starostą a synami Jana Wejhera o tzw. uprawnienia strądowe. Na strądzie, czyli na brzegu morza lub zatoki, składowano drewno spławiane Redą lub dowożone wozami, a przeznaczone do wysyłki szkutami do Gdańska. Spór dotyczył kwestii, czy opłaty za składowane drewno ma pobierać król, a więc w jego imieniu starosta, czy też właściciele wsi, których pola dochodziły do wybrzeża. Działyński stał na stanowisku, że cały strąd należy do króla i to bez względu na to, czyją własnością są tereny do niego przyległe, a zatem opłaty należą się monarsze. Inaczej mówiąc drobnej właściwie sprawie nadano rangę bardzo istotną, bo dotyczącą kwestii władztwa królewskiego na wybrzeżu. Rzeczą charakterystyczną jest to, że w miarę kierowania sprawy do sądów różnych instancji — od sądu ziemskiego po trybunał koronny — zmieniała ona charakter z procesu między dwoma magnatami 0 granice na proces rozstrzygający uprawnienia monarchy. Działyński bowiem oskarżył Wejhera o nieprawne wybudowanie karczmy łaźni koło Władysławowa, gdzie miał swoje załogi. Komplet sędziowski zawyrokował, że król ma prawo do brzegu morskiego długości siedmiu mil, że gdańszczanie te uprawnienia władcy naruszali i naruszają, ale przyznano rację Wejherowi, że miał prawo wystawić wspomniane budynki, bo uznali jego argumentację, że samymi pieniędzmi żołnierze nie mogą żyć15. Dla kupców drzewnych natomiast ten proces miał tylko ten skutek, że musieli opłacać się koło Rzucewa i Osłonina tak staroście, jak i Wejherowi. Najważniejsze składowiska drewna znajdowały się koło ujścia Redy i były ogrodzone. Warto może dodać, że kupiec drzewny gdański Dawid Rode oczyścił koryto Redy, aby ułatwić spław drewna z lasów puckich i lęborskich (Puszcza Wierzchucińska) na przełomie XVI i XVII w. O ten spław wybuchały zresztą raz po raz spory i waśnie między szlachtą i kupcami gdańskimi zanim jeszcze pnie, kloce i tramy dotarły na składowiska. Rządów Jana Działyńskiego nie można nazwać pomyślnymi, przypadły bowiem na czasy, które nie sprzyjały, przynajmniej w najwcześniejszym okresie po objęciu starostwa, rozwojowi gospodarczemu. Działania wojenne ubożyły ludność, postoje wojsk stały się przyczyną wystąpień chłopów na tle ich wzmożonego ucisku. Niewątpliwie jednak w latach czterdziestych XVII w. powoli zabliźniały się rany zadane przez wojnę i starostwo, a także cały powiat, wracały do normalnego stanu, a nawet do dobrobytu. Po śmierci Działyńskiego w marcu 1648 r. o dzierżawę starostwa rozgorzał spór. Król nadał je kanclerzowi koronnemu Jerzemu Ossolińskiemu. Przeciw jego osobie wystąpiły zdecydowanie stany pruskie, Ossoliński bowiem nie był indygeną pruskim, to znaczy nie był tutaj (w Prusach Królewskich) urodzony ani też nie posiadał tu żadnych dóbr ani on, ani jego przodkowie. Wedle praw prowincji nie miał więc prawa do posiadania jakichkolwiek nadań i piastowa- 15 Vide przypis 13: "sola pecunia militem non vivere". nia jakichkolwiek godności przynoszących dochody. Gdyby król żył dłużej (umarł w maju 1648 r.), to zapewne przeforsowałby swego kandydata, ale w okresie bezkrólewia stany miały przewagę i dlatego wysunęły swojego kandydata: Jakuba Wejhera. Ossoliński, acz z żalem, ustąpił. Przetargi o nadanie trwały przeszło rok i ostatecznie otrzymał je w 1649 r. Jan Zawadzki pruski indygena mający posiadłości w województwie malborskim. Był to dobry gospodarz. Jego staraniem została osadzona nowa wieś na południu starostwa, położona w lasach, nazwana Grabowiec. W lustracji z 1664 r. zapisano, że daje małe dochody, bo "pnie dębowe na polach jeszcze nie pogniły", a więc założono ją na leśnych nowinach. Na południowej granicy starostwa nie było dotąd jeszcze większych trzebieży i dopiero w latach pięćdziesiątych XVII stulecia teren ten dotąd martwy osadniczo został wzięty pod topór i zaczął tętnić nowym życiem. Tenże starosta osadził także nowych przybyszy w Przetoczynie i w lasach sąsiednich. Nieco wcześniej, jeszcze za życia Działyńskiego, około 1640 r. na Błotach Karwieńskich powstała także nowa osada nazwana Karwieńskim Dworem, dzierżawiona przez wiele lat przez niejakiego Jeskego i jego potomków. Janowi Zawadzkiemu zawdzięcza też wiele i samo miasto Puck. Nadał on mianowicie mieszczanom na lat 50 prawem emfiteutycznym, to znaczy w dzierżawę długoletnią z obowiązkiem dbałości o stan gospodarczy, 18 łanów należących dotąd do zniszczonej przez działania wojenne i niecałkowicie odbudowanej Wsi Puckiej. Ciągnęły się te włoki między Morzem Małym, czyli Zatoką Pucką, i drogą do Rzucewa oraz wzdłuż rowu młyńskiego aż do Połczyna; wliczono w nie także ogrody mieszczan dotąd tam się znajdujące. Na tych łanach mieszczanie mogli wznosić wszelkiego rodzaju budynki, które były ich własnością. Ponadto po upływie terminu dzierżawy mieli oni prawo pierwszeństwa przy odnowieniu kontraktu, a jeśliby starosta chciał te ziemie sam uprawiać, to musiał zwrócić wartość wzniesionych budynków. Zagwarantowano również mieszczanom, którzy się tu zagospodarują i osadzą chłopów, że oni będą mieli nad osadnikami prawo sądowe, czyli wyłączono ich spod jurysdykcji starościńskiej. Czynsz roczny płacony przez mieszczan był stosunkowo niski, bo wynosił 6 złotych od łanu. Dla porównania: siedzący na podobnym prawie "Olendrzy" w Karwieńskim Błocie płacili po 30 złotych z łanu. Przywilej ten wydał Zawadzki 2 stycznia 1651 r. i zapewnił, że uzyska jego potwierdzenie przez króla; przyrzeczenia dotrzymał. Następnego dnia wydał drugi z kolei dokument, w którym czynsz z tych 18 włók przekazywał na utrzymanie szpitala przy kościele farnym. Zezwolił przy tym, aby rada miejska wybierała wedle swego uznania opiekunów (kuratorów), którzy mieli wymienioną sumą (108 zł) dysponować wedle swego uznania na odzież i żywność dla jego pensjonariuszy. Tu należy wyjaśnić, że nazwa szpital miała mało wspólnego z lecznicą, był to bowiem raczej przytułek dla starych i ubogich ludzi, steranych życiem i troskami. Niewątpliwie oba dokumenty miały na celu podniesienie stanu gospodarczego miasta. Lata przeto pięćdziesiąte XVII w. możemy uznać jako dobre dla powiatu, a nawet dla całego województwa, obserwujemy bowiem na terenie Prus Królewskich po wojnie szwedzkiej duże ożywienie gospodarcze, przejawiające się przede wszystkim w powstawaniu nowych osad oraz odbudowie i rozbudowie starych.

ocena 3,7/5 (na podstawie 15 ocen)

wczasy, pomorze, historia